Wspomnienia z mojej lekko zwariowanej podróży autostopem przez kraje północnej Europy. Wszystkie fakty autentyczne. Zdjęcia nie najlepsze - ładniejsze i tak znajdziecie w internecie, a ja wolałam się skupić na przeżywaniu mojej przygody, zamiast na lataniu z aparatem. Pamiętnik proszę czytać OD KOŃCA
Autorka

tere

Tereska, lat 23
Studentka medycyny, początkująca podróżniczka

jak znajdę trochę więcej czasu, to wybiorę się w podróż dookoła świata

życie jest zbyt krótkie, żeby zajmować się tylko tym, na co ma się czas, pieniądze i zgodę rodziców

Kontakt:
e-mail
gg Gadu-Gadu
RSS
sobota, 17 września 2011

ciąg dalszy nastąpi, gdy wrócę z kolejnej, tym razem nieco mniejszej wyprawy.

przepraszam, że blog wygląda, jak wygląda: zupełnie nie mogę sobie poradzić z rozmiarem czcionki, zdjęć również nie umiem wstawić.

będę w październiku, pozdrawiam!!!

01:14, larus-ridibundus
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 września 2011
17.07.2011, niedziela

I znów czas w drogę. Spakowaliśmy się, pożegnaliśmy bardzo serdecznie, a potem Nina odwiozła nad do głównej drogi. Dla odmiany lało, w dodatku był niedzielny poranek, więc samochody jeździły z częstotliwością 1 na 10 minut (albo i rzadziej). Przypomnę, że była to jedna z dwóch głównych dróg między Oslo, a Bergen.

Początek mało optymistyczny. Owszem, zatrzymało się parę samochodów, ale tylko by powiedzieć, że nie mają wolnego miejsca, albo jadą do sąsiedniej wsi. Na tak krótką przejażdżkę nie zamierzaliśmy opuszczać naszego daszku nad werandą jakiegoś zamkniętego magazynu.

Po około godzinie, niespodziewany sukces. Młody, przystojny Norweg w drodze do Bergen. Był dość małomówny, ale bardzo miły. Po drodze parę razy zatrzymywał się, żeby pokazać nam interesujące miejsca: Sognefjorden (najdłuższy i najgłębszy w Norwegii, drugi na świecie), potem jakiś wodospad. Jechaliśmy najdłuższym tunelem w kraju (25 km) – dość nudne doświadczenie (w ogóle chyba jeszcze nie zdążyłam wspomnieć, że tunele w Norwegii są niemal tak powszechne jak jeziora, fiordy i góry, ciężko znaleźć drogę, na której by takiego nie było – a szkoda, wiele wspaniałych widoków się przez to traci).

Na koniec nasz kierowca zostawił nas na przedmieściach Bergen, kupił bilet do centrum i wytłumaczył jak dojechać. Byliśmy naprawdę wzruszeni tym ciepłym pożegnaniem.

W Bergen początkowo chcieliśmy zostać 2 dni (wiele pozytywnych opinii słyszeliśmy o tym mieście, miało być ładniejsze niż Oslo, które notabene ominęliśmy), ale ze względu na drobne kłopoty z noclegiem zdecydowaliśmy się tylko na 1 noc. Marco, nasz CS gospodarz, znaleziony dosłownie w ostatniej chwili przez Kasię (która dzielnie zarządzała moim kontem z Polski) był Sycylijczykiem, pracującym tu od paru lat w każde wakacje. Wraz ze swoimi Włoskimi i Hiszpańskimi kolegami sprzedawali ryby (i inne morskie cuda) na wielkim targu w centrum miasta. Znalezienie go zajęło nam trochę czasu, ale przy okazji obejrzeliśmy sobie okolicę. Był miłym, niskim Włochem, dość gadatliwym i mocno zapracowanym. Poprosił, żebyśmy przyszli pod wieczór, kiedy skończy pracę.

Ulokowaliśmy się na ławce przy głównym deptaku (na czas deszczu przenosząc się pod daszek okolicznych sklepów) i na zmianę robiliśmy sobie spacery po centrum. Znów czułam się smutna i zmęczona. I znów było mi ciężko z powodu Krystiana. Chciałam być sama, ale nawet wtedy nie umiałam się cieszyć widokiem miasta. Nie wiem, czy byłam bardziej wściekła, czy smutna, ale było mi bardzo, bardzo źle.

Rzeczywiście, bardzo miłe miasto, chociaż przypominało raczej Zakopane, czy Krynicę, nie powalało ogromem. Położone nad oceanem, otoczone górami, urokliwe różnobarwne domki nad kanałami, pełno turystów… stragany, na których można kupić kanapkę z wielorybem i wełniane swetry, kutry rybackie, wąskie zaułki… naprawdę przyjemne, klimatyczne miejsce (no, może trochę za dużo ludzi).

Gdy Marco skończył pracę, wraz z jego znajomymi poszliśmy do pobliskiego pubu na piwo. Włosi, Hiszpanie, Angielka, Francuzka, Litwin (który pił polską wódkę), świr zwany Psycho-Paulem i jego kolega (jeszcze większy świr), a potem… Polka.

Konstancja (bo tak było jej na imię) niedawno zdała maturę, a teraz wybrała się na wakacje swojego życia. Początkowo siedziała w Oslo, u swojego Couch Surfingowego przyjaciela, teraz od paru już dni była w Bergen, a wkrótce miała zamiar samotnie, na stopa podbijać fiordy. Tak, była trochę zwariowana, ale miała mnóstwo energii (której nam powoli zaczynało brakować) i była bardzo pozytywnie nastawiona do świata. Zgadaliśmy się, że właściwie to jedziemy w tym samym kierunku, więc możemy następnego dnia zacząć razem (Konstancja nigdy wcześniej nie jeździła na stopa, my we trójkę też jeszcze nie, ale postanowiliśmy zaryzykować, zawsze to jakieś nowe doświadczenie i miła odmiana). Umówiliśmy się na następny dzień, a potem wraz z Marco poszliśmy do jego domu. Miłe studenckie mieszkanie parę kroków od centrum, dostaliśmy nawet własny pokój z łóżkiem (które znów zajęłam ja, a Krystian spoczął na podłodze). Upragniony gorący prysznic i spaaać.

18:18, larus-ridibundus
Link Dodaj komentarz »
16.07.2011, sobota

Budzimy się rano i ogarnia nas cudowne uczucie: jesteśmy wypoczęci, nigdzie nie trzeba się spieszyć, nie trzeba zwijać namiotu, stawać na drodze. Witamy się z Niną, jemy wspólnie śniadanie. Nina proponuje, że zabierze nas w góry. Nie zna dobrze tych tras, ale ma przewodnik, proponuje przełęcz Bessegen – trasa niezbyt prosta, ale podobno widoki mają być zachwycające. Chętnie się zgadzamy i po krótkim czasie siedzimy już we czwórkę w samochodzie (bo oczywiście pies jedzie z nami).

Dojazd samochodem był dużo dłuższy niż się spodziewaliśmy, ale przez całą drogę nie mogliśmy oderwać oczu od gór za oknem, Jotunheimen, zwanych też Domem Trolli (rozglądaliśmy się pilnie, ale żadnego trolla nie udało nam się dostrzec). Zatrzymaliśmy się nad górskim jeziorem, skąd zaczynał się szlak. Pogoda nam się udała, tylko na początku padał deszcz, potem było pochmurnie, chłodno, ale sucho. Idealnie na wyprawę w góry.

Trasa była długa i momentami niebezpieczna, ale naprawdę warta wysiłku. Na samą przełęcz weszliśmy bez Niny, która tłumacząc się bólem kolan zdecydowała się wrócić do samochodu. Dwa górskie jeziorka, jedno zielone, drugie niebieskie, położone na różnych poziomach, oddzielone od siebie skalistą przełęczą tak wąską, i stromą, że nie dało się iść inaczej, jak gęsiego (w Polsce na takim szlaku na pewno byłyby łańcuchy, tutaj było to większe wyzwanie). Po drodze oczywiście spotkaliśmy jakichś Polaków (nawiązaliśmy dość ciekawą rozmowę na temat lodowców). Wracając mieliśmy bardzo dobre humory i dyskutowaliśmy o przeróżnych sprawach. Jak nam się trochę poszczęści, to zawsze przekłada się to na nasze wzajemne relacje. A gdy jest ciężko… to jest ciężko pod każdym względem.

Do samochodu dotarliśmy dopiero późnym wieczorem (tak późnym, że już zaczęło się ściemniać;)). Nina ucieszyła się, że wycieczka nam się tak bardzo podobała. Obiecałam sobie, że jeszcze kiedyś tu wrócę. Naprawdę, takich gór jeszcze nie widziałam.

W nocy miałam ciekawy sen: kierowcy ustawiali się w kolejce, bo każdy chciał nas zabrać do Bergen. Ponieważ następnego dnia chcieliśmy już tam w końcu dotrzeć, wzięłam to za dobrą monetę.

18:07, larus-ridibundus
Link Dodaj komentarz »
15.07.2011, piątek

Obudziliśmy się dość wcześnie, zwinęliśmy namiot i wtedy zaczęło lać. Tego dnia planowaliśmy dojechać do Bergen (trochę ponad 500 km), choć być może był to zbyt ambitny plan jak na bezludną Norwegię? W każdym razie postanowiliśmy zaryzykować. Lance jechał bezpośrednio na północ, do Lille Hammer, my dokładnie na zachód, więc podrzucił nas tylko do jakiejś stacji benzynowej i wytłumaczył, jak się kierować. Pożegnaliśmy się mówiąc „kto wie, może się jeszcze spotkamy? W Norwegii albo w Polsce”. Może po 5 minutach jakiś miejscowy kierowca obiecał zabrać nas w trochę lepsze miejsce, skąd była prosta droga do Sandviki, miejscowości położonej na rozjeździe głównych dróg, pod Oslo. Po kilku minutach staliśmy już w ulewnym deszczu na przystanku autobusowym, wymachując tabliczką „Sandvika”. Kolejny kierowca był, dla odmiany, polskim tirowcem, na dobre już osiedlonym w Norwegii. Stwierdził, że może nam się wcale nie udać dojechać dziś do Bergen, w jego opinii dużo łatwiej byłoby się dostać tam samolotem, niż samochodem, droga miała być kręta, mało uczęszczana, no i prowadzić przez góry. Na pocieszenie powiedział nam, że pogoda na zachodnim wybrzeżu bywa zupełnie inna, niż na wschodzie, więc może będziemy mieć szczęście (co nie zmienia faktu, że w Bergen deszcz pada 250 dni w roku).

W Sandvice spędziliśmy sporo czasu, na szczęście dość szybko przestało padać. Droga była mało uczęszczana, samochody jeździły szybko, a staliśmy zaraz za zakrętem (dalej  był tunel). Po jakimś czasie zatrzymała się para Ukraińców ze Lwowa, którzy znów nie jechali daleko, ale nudno było wciąż stać w tym samym miejscu…. Następne miejsce okazało się dużo lepsze, czekaliśmy tam tylko moment, ale kolejna osoba również nie jechała do Bergen. Tego dnia jechaliśmy większą ilością samochodów, niż któregokolwiek innego do tej pory. Nikt, ale to nikt nie jechał w dalszą trasę…

Miła, młoda kobieta jechała naszą drogą może z 50 km, do miasteczka Hønefoss. Zapytała, czy mamy czas, to może nam coś pokazać. Było już koło południa, mieliśmy duże opóźnienie, ale zgodziliśmy się mimo wszystko. Zabrała nas boczną drogą na swój ulubiony punkt widokowy, z którego można było zobaczyć okoliczne góry, jeziora, rzeki i niewiadomo co jeszcze, w każdym razie widok nas zachwycił. W ogóle Norwegia, pomimo deszczu zdążyła już zrobić na nas bardzo pozytywne wrażenie: piękne, potężne góry, wszędzie dookoła woda (często długo się zastanawiałam, czy to jezioro, rzeka, czy może kolejny fiord?), raz nawet zobaczyłam całą rodzinę łosi pasącą się na jakichś zboczach. Raz po raz wydawaliśmy okrzyki zdumienia, a dziewczyna za każdym razem mówiła: to nic w porównaniu z tym, co zobaczycie bardziej na północ!

Droga, na której nas zostawiła byłaby bardzo dobrym miejsce do łapania, gdyby nie to, że nie było co łapać. Jedna z dwóch głównych dróg między dwoma głównymi miastami, a pusta jak jakaś polna ścieżka nocą. Szczęśliwcem, który miał okazję cieszyć się naszym towarzystwem przez najbliższą godzinę, lub trochę więcej, był Ronny, młody Norweg, jadący odwiedzić swojego ojca w miejscowości Bang. Za nim jechał drugi samochód,  w nim Frode, brat Ronny’ego. Droga minęła nam szybko i przyjemnie, kolejny dobry człowiek, który nie tylko chciał nas podwieźć, ale też pomóc w przyszłości: zanim zostawił nas na samotnej stacji benzynowej w Bang, razem z bratem pozaznaczał nam na mapie najładniejsze ich zdaniem miejsca w Norwegii, podali swoje numery telefonu (i kontakty na facebooku) i powiedzieli, że jeśli tylko będą mogli, to nam pomogą(coś wspominali o jakichś znajomych na północy). Na koniec jeszcze kupili nam lody (choć temperatura powietrza nie była zbyt wysoka) i już po chwili znów byliśmy sami.

Nie na długo. Kolejny młody Norweg dla odmiany jechał w góry. „Jotunheimen. Jedziecie ze mną?”. Też mieliśmy w planie się tam wybrać, ale póki co chcieliśmy się dostać do Bergen (choć ta perspektywa wcale się nie przybliżała, a wręcz przeciwnie – zaczęliśmy już tracić nadzieję, że dziś nas ktoś tam zabierze), więc podziękowaliśmy i zostaliśmy sami w miejscowości Fagernes, którą też wkrótce znienawidziliśmy. Zaczęliśmy od machania na przedmieściach (właściwie to ja machałam, Krystian w tym czasie się opalał), po dłuższym czasie zorientowaliśmy się, że dalej jest rozjazd dróg, więc przenieśliśmy się trochę. Później przenieśliśmy się jeszcze parę razy, każde miejsce było tak samo nieskuteczne. Zaczął już zapadać wieczór, powoli rozglądaliśmy się za miejscem na nocleg (okolica była bezludna, więc  nie było z tym problemu), kiedy w końcu przy drodze stanęło auto. Roztrzepany chłopak imieniem Kim poinformował nas, że nie jedzie do Bergen, właściwie to jedzie zupełnie gdzie indziej, ale nie ma mapy, więc nie umie nam powiedzieć, jak jeszcze daleko tą drogą. Nie pomógł nam praktycznie wcale, za to my byliśmy mu całkiem przydatni. Po spojrzeniu na mapę uświadomiliśmy go, że jedzie w zupełnie innym kierunku i powinien jak najszybciej zawrócić. Tak więc podwiózł nas może 2  kilometry, ale i tak dobrze go wspominamy, bo zabrał nas z przeklętego Fagernes.

Umówiliśmy się, że machamy do 10 wieczorem, a potem rozbijamy namiot. O 10 powiedziałam: jeszcze 5 minut. Potem: jeszcze 5 samochodów. W końcu już naprawdę mieliśmy kończyć, gdy jeden z tych 5 się zatrzymał.

Zabawne, ale była to ostatnia rzecz, której byśmy się spodziewali, tak już byliśmy zniechęceni tego dnia. W samochodzie, choć dużym, siedziała tylko kobieta w średnim wieku i jej pies, rudy, ciekawski jamniczek. Zlitowała się nad nami, bo, jak powiedziała, nikt inny by nas o tej porze nie zabrał. Muszę dodawać, że nie jechała do Bergen? Lepiej, jechała do swojego domku w górach, mniej więcej po drodze i zapytała, czy nie mielibyśmy ochoty zostać u niej, na noc, lub dwie. Lub nawet trzy. Ucieszyła się, gdy powiedzieliśmy, że jesteśmy z Polski. Miała tam koleżankę, którą od wielu lat już odwiedzała. Była w złym humorze, pokłóciła się dziś z siostrą, właśnie o ten domek, zastanawiała się, czy go nie sprzedać. Powiedziała, że bardzo się cieszy, że nas spotkała, że teraz już wie, że domku sprzedawać nie będzie i od razu poprawił jej się humor.

Jechaliśmy górską drogą, powoli zapadał zmrok. Nina (bo tak się nazywała) zatrzymała się po drodze w dwóch ładnych miejscach, tylko po to, żebyśmy mogli zrobić zdjęcia, potem zawiozła nas do siebie. Niewielki, drewniany domek, a obok drugi, dużo mniejszy, w którym zaproponowała, że będziemy spać. Było tam dużo materacy, starych rupieci, pajęczyn… słowem – klimatyczne miejsce, bardzo dobre na nocleg:) Nina zaproponowała nam też kolację (jajka na bekonie), a potem jeszcze długo siedzieliśmy nocą, rozmawiając, pijąc wino, odganiając komary i patrząc na potężne góry Jotunheimen (te same, w który planowaliśmy dotrzeć dopiero za parę dni). Nina opowiadała nam o historii Norwegii, o górach (mówiła, że czasem, gdy nie ma wiatru, słychać je), o północy kraju i ludziach Saami. I jeszcze o kościele Vang, który kiedyś stał tam w okolicy, ale został przewieziony do Polski (to ten sam, który można oglądać w Karpaczu), czego Norwegowie do tej pory żałują.

Wiecie co jest najbardziej niesamowite w podróży autostopem? To, że budzisz się rano i nie masz zielonego pojęcia, gdzie następnej nocy będziesz kłaść się spać. Czasem przejedziesz kilkadziesiąt kilometrów, czasem kilkaset. Może być deszcz, słońce, nocleg w parku, albo w czyimś domu. Niczego się nie da przewidzieć, wszystko po prostu „dzieje się”. I pomimo, że nie dotarliśmy tam, gdzie sobie zaplanowaliśmy, zdarzyło się trochę niesamowitych rzeczy, poznaliśmy wspaniałych ludzi, zobaczyliśmy mnóstwo pięknych miejsc po drodze.

17:36, larus-ridibundus
Link Dodaj komentarz »
14.07.2011, czwartek

Kolejny ciężki dzień.

Zerwaliśmy się bardzo wcześnie rano (podobno w całej Szwecji policji jest tyle, co w Polsce na jednym meczu piłki nożnej, ale kto wie, w centrum miasta może się ktoś trafić) i poszliśmy szukać jakiegoś zjazdu na autostradę. Nienawidziliśmy Göteborga ze wszystkich sił. Nie chce mi się opisywać naszych perypetii podczas prób wydostania się stamtąd, było bardzo, bardzo ciężko i nieprzyjemnie, zrobiliśmy wiele kilometrów, prawie się do siebie nie odzywając, a każdy napotkany człowiek radził nam, by iść w inną stronę. W końcu jakiś Chorwat podrzucił nas na stację benzynową pod miastem, która do złudzenia przypominała tą w Helsinborgu.

Podobnie jak w Helsinborgu było zimno, nieprzyjemnie i wszyscy nas olewali. Po jakimś czasie zatrzymał się jednak samochód kempingowy. Za kierownicą siedział facet w wieku, który w naszym mniemaniu od razu skreślał go z listy chcących nas podwieźć. Zwykle starsi ludzie, zwłaszcza jeżdżący samotnie boją się nas. Ten jednak zdecydowanie różnił się od wszystkich naszych poprzednich kierowców. Miał długie, siwe włosy związane w kucyk, czapkę z daszkiem, a po dwóch zamienionych zdaniach zapytał, czy jesteśmy z Polski. Rozumiem, że mam silny akcent, ale tego się nie spodziewałam! Na swoje usprawiedliwienie facet miał to, że od dziesiątków lat mieszkał w Krakowie, a jego żona była Polką;) Wsiedliśmy. Ja zajęłam moje już prawie stałe miejsce przy kierowcy, Krystian rozparł się na wygodnej kanapie wewnątrz. W czasie podróży do Norwegii dowiedzieliśmy się, że Lance, nasz kierowca pochodzi z Kalifornii, jest muzykiem, a obecnie, jak co roku jeździ po festiwalach jazzowych w Szwecji i Norwegii i gra na ulicach miast. Był bardzo interesującą osobowością i w ciągu tych paru godzin mieliśmy okazję porozmawiać na wiele ciekawych tematów. Norwegię znał dość dobrze (przynajmniej jej południową część) i udzielił nam wielu cennych rad dotyczących poruszania się i życia w tym kraju. Myślę, że zaprzyjaźniliśmy się, on traktował nas trochę jak dzieciaki, którymi trzeba się zaopiekować, my jego jak autorytet w wielu dziedzinach, tym faceta, o którym czyta się tylko w książkach. Chcieliśmy, żeby nam coś zagrał, ale jakoś nie miał ochoty. Krystian zapytał, czy możemy sobie zrobić z nim zdjęcie (przez chwilę zastanawialiśmy się, czy może jest jakimś znanym muzykiem, tylko my nie kojarzymy go). Dał nam swoją płytę (poprosiliśmy jeszcze o autograf) i kazał dodać się na facebooku;). Do Oslo dojechaliśmy już pod wieczór, ale nie wjeżdżaliśmy do centrum. Lance najpierw pokazał nam swój ulubiony punkt widokowy, z którego zobaczyliśmy spory kawałek miasta i Oslofjorden, a potem zabrał nas na mały leśny kemping, na który podobno przyjeżdżał do roku od bardzo już dawna, a za który przy okazji nie musieliśmy płacić.

Miejsce było naprawdę ładne, dwa leśne jeziorka, większe, wokół którego biwakowało mnóstwo ludzi (zarówno turystów, jak i miejscowych), oraz mniejsze, prawie zupełnie nie odwiedzane przez nikogo. Lance pokazał nam okolicę, parę leśnych ścieżek (widziałam żbika!), jagodowe miejsca, skały, na których, jak mówił, wiele lat temu wraz z przyjaciółmi budowali sobie całe osiedla… Wróciliśmy do samochodu. Dookoła było wiele pięknych miejsc, ale postanowiliśmy dotrzymać towarzystwa Lance’owi i rozbiliśmy namiot na trawniku koło niego. Zrobiliśmy sobie coś do jedzenia, a on jeszcze na dobranoc wyciągnął butelkę polskiej wódki. I tak sympatycznie skończył się ten z początku źle zapowiadający się dzień.

Tagi: Goteborg Oslo
17:14, larus-ridibundus
Link Dodaj komentarz »
13.07.2011, środa

Pechowy dzień. Z perspektywy czasu widzę, że był to najcięższy, najbardziej męczący dzień w czasie całej podróży. A dlaczego? Zaczęło się od zimnego, uciążliwego deszczu rano. Od tej pory deszcz towarzyszył nam już codziennie, przez wiele kolejnych dni. Zjedliśmy z Andreasem śniadanie, a potem on poszedł do pracy, a my na pobliską stację benzynową (wg internetu dobre miejsce dla autostopowiczów, nie potwierdzam.).

Planowaliśmy dostać się tego dnia do Oslo. Plan dość ambitny (w końcu to prawie 600 kilometrów!), ale przez całą trasę była prosta autostrada, więc jeśli tylko dopisze nam szczęście…

Ale jak już napisałam na początku, nie dopisało. Na stacji spędziliśmy sporo czasu. Najpierw wypytywaliśmy się przyjeżdżających kierowców, czy nie jadą w naszą stronę, ale zdecydowana większość nawet nie wyjeżdżała z miasta. Potem ustawiliśmy się pod pobliskim McDonaldem, gdzie ludzie zaopatrywali się w śniadanie przed podróżą, ale skutek był równie mizerny. W końcu stanęłam z żałosną tabliczką „Göteborg” (zawsze lepiej wpisywać bardziej realne cele) zrobioną z jakiegoś starego pudła, ale i to nie pomogło. Tymczasem Krystian gdzieś się zawieruszył, a po chwili przyszedł wraz z dwojgiem Polaków, którzy zjawili się tu z dokładnie takim samym zamiarem. Mieli trochę mniej szczęścia niż my, noc spędzili w namiocie na plaży, więc aktualnie namiot mieli mokry. Powiedzieli, że ktoś im doradził, żeby jechać do Trelleborga, małego miasta, do którego pływają promy, między innymi ze Świnoujścia. W Trelleborgu zaczyna się droga E6, która prowadzi prościutko do Oslo, a dalej, przez całą Norwegię, aż na samą północ, do Kirkenes. Chwilę się zastanowiliśmy. Musielibyśmy co prawda cofnąć się jakieś 30 km, ale może łatwiej byłoby nam znaleźć tam samochody jadące w długą trasę? Stanie w centrum miasta naprawdę nas już zmęczyło, więc w strugach deszczu już w czwórkę zawędrowaliśmy na dworzec autobusowy. Tam ja z Krystianem kupiliśmy bilety i wsiedliśmy w najbliższy autobus, zaś nasi nowi znajomi (którym kupowanie zajęło odrobinę więcej czasu) obiecali wsiąść w następny. Tyle ich widzieliśmy.

W Trelleborgu nic poza promem wielkiego nie ma, jakiś kościół, na oko całkiem ładny i rzędy starych domów. Po niedługim czasie (przez który jednak zdążyliśmy się parę razy pokłócić o kierunek, który powinniśmy obrać) zatrzymał się Węgierski kierowca pięknej żółtej cysterny (prawie nie mówiący po angielsku), który co prawda jechał tylko do Helsinborga, ale wiadomo, lepsze to niż nic. Po chwili ponownie minęliśmy Malmö, a potem wysiedliśmy na obiecująco wyglądającym parkingu pełnym tirów, kawałek przed miastem.

Nie wiem, nie mam pojęcia co z nami było nie tak tego dnia, ale na tym parkingu spędziliśmy ładne parę godzin. Znienawidziliśmy go z całego serca. I nie tylko my. Na drzwiach toalety na stacji benzynowej znaleźliśmy liczne zapiski innych podróżników, których opinie, we wszystkich prawie językach świata, mocno pokrywały się z naszą. „This place sucks!”

Było przeraźliwie zimno (Krystian wyciągnął nawet czapkę i rękawiczki), wiało, co jakiś czas z nieba spadał lodowaty deszcz. Jedzenie było koszmarnie drogie (a podobno to dopiero w Norwegii ceny miały nas powalić!). kierowcy jechali w przeciwnym kierunku, albo w ogóle nie reagowali na nas, a my, w pogrzebowych nastrojach staliśmy w milczeniu próbując się nawzajem nie pozabijać. Nie wiem jak to jest, że kiedy cokolwiek się nie udaje, zawsze najłatwiej winą obarczyć drugą osobę. W tamtym momencie byłam święcie przekonana, że to wina Krystiana, że nikt nie jedzie do Oslo. Przemarznięci do kości zaczynaliśmy powoli żałować, że w ogóle ruszyliśmy się kiedykolwiek z naszych ciepłych domów i trochę już wątpiliśmy, że ktoś nas zabierze z tego nieszczęsnego miejsca, kiedy zatrzymała się jakaś kobieta. Grzecznie zapytałam, czy jedzie w naszą stronę (tak, do Göteborga) i zawołałam Krystiana. Wtedy okazało się, że pani też z Polski i że właśnie jedzie do córki mieszkającej w tym mieście, która niedawno urodziła jej wnuka. W chwilę później gawędziliśmy już sobie wesoło jadąc autostradą. Parę godzin naprawdę przyjemnej jazdy. Wreszcie ogrzaliśmy się, odpoczęliśmy. Szwecja za oknem wyglądała całkiem ładnie: lasy, rozległe łąki usiane fioletowymi kwiatami (które towarzyszyła nam później przez całą Norwegię), gdzieniegdzie skały. Całą drogę słuchaliśmy opowieści o dwóch genialnych córkach i dwójce genialnych wnuków, ale oprócz tego dowiedzieliśmy się też sporo naprawdę ciekawych rzeczy na temat Szwecji. Kobieta mieszkała w Malmö od kilku lat i znała kraj dość dobrze. Opowiadałam nam o miejscach godnych odwiedzenia i typowym Szwedzkim jedzeniu. Mówiła, że zawsze bierze autostopowiczów, bo ma do nich sentyment – jej córki dawniej zjeździły tak prawie całą Europę. Poprosiliśmy, żeby zostawiła nas na jakimś parkingu lub stacji benzynowej przed miastem (nie chcieliśmy przeżywać jeszcze raz tego, co w Berlinie, Kopenhadze i Malmö), a ona odparła, że zna pewien bardzo dobry parking turystyczny i tam może nas wysadzić. Zaryzykowaliśmy.

Bardzo zły wybór. Już po chwili zorientowaliśmy się, że to miejsce jest jeszcze gorsze niż wszystkie poprzednie. Parking był malutki, stały na nim tylko 3 tiry, których kierowcy udali się już na spoczynek (zbliżał się wieczór), a obok obozowała duża grupa Bułgarów, którzy nie byli chyba zbyt przychylnie do nas nastawieni. Coś trzeba było zrobić. Zdecydowanie trzeba byłoby się stąd ruszyć, tylko gdzie? Myślałam intensywnie, ale nic mi nie przychodziło do głowy. Już dawno porzuciliśmy nadzieję, że dojedziemy do Oslo (przejechaliśmy dopiero jakąś połowę drogi), teraz szukaliśmy tylko miejsca na nocleg, ale ten parking nie dawał nam szans na wyjechanie stąd ani dziś, ani jutro. Z kolei iść dalej wydawało się głupotą… do miasta zostało jeszcze sporo kilometrów, cały czas autostrada, po bokach której nie było miejsca na namiot, żadnych stacji benzynowych, na których można by jeszcze próbować jechać dalej. Mogliśmy zostać na parkingu (obok był lasek, całkiem przyjemny), ale jakoś żadne z nas nie miało na to ochoty. Krystian po spojrzeniu na mapę rzucił pomysł, żeby iść do miasta i rozbić się na plaży, jak ci Polacy w Malmö. Nie podobał mi się ten pomysł, przede wszystkim dlatego, że do centrum było jeszcze ładne kilkanaście kilometrów, a poza tym wcale nie byłam przekonana, czy będzie tam plaża (z mapy wynikało, że raczej nie). Krystian nalegał, mówił, że za 1,5 kilometra powinniśmy być już w Göteborgu i że tam czegoś poszukamy (kiedy piszę „czegoś” mam na myśli tylko i wyłącznie miejsce na namiot. Bardzo zależało nam na zaoszczędzeniu pieniędzy przed Norwegią, więc nawet nam do głowy nie przyszło szukać hosteli). Uważałam pomysł za idiotyczny, ale nie miałam lepszego, więc poszliśmy. Po dłuższym marszu z ciężkimi plecakami, po autostradzie (oczywiście nie było pobocza) zapytałam Krystiana, skąd wie o tym 1,5 kilometra. Odparł, że z mapki na parkingu. Po chwili dowiedziałam się, że wcale nie było tam skali i on tylko zgadywał, że 1,5. Nogi pode mną się ugięły. Miałam ochotę go udusić. Szliśmy już ponad godzinę, obok nas śmigały rozpędzone samochody, przeraźliwie bolały mnie nogi i plecy.  Tego dnia obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie zaufam mu, jeśli chodzi o mapy. Później jeszcze tylko raz popełniłam ten błąd i bardzo tego pożałowałam.

Przedmieścia Göteborga nie dawały najmniejszej szansy na nocleg. Zmęczeni usiedliśmy pod jakąś stacją benzynową i próbowaliśmy wymyślić, co dalej. Siły mnie już opuszczały, byłam bardzo zmęczona, a Krystian w ogóle w niczym nie pomagał. Czułam, że muszę coś wymyślić, bo inaczej przyjdzie nam spać na ławce na przystanku. Najpierw próbowałam wypytywać kierowców, czy nie jadą za miasto, ale nic z tych rzeczy. Potem ruszyłam na zwiady po okolicy. Najlepiej chyba dotrzeć do centrum, a potem… No, w ostateczności będziemy spać w jakimś parku. Właściwie to poza tą ostatecznością nie widziałam innej możliwości. Ruszyłam przed siebie, zostawiając Krystiana z plecakami. Szłam, szłam… i nic. Opustoszałe ulice prowadzące do jakichś odległych dzielnic na przedmieściach, nie wiadomo, w którą stronę centrum, ktoś mi doradził, żeby wsiąść w tramwaj, później ktoś inny powiedział, że lepszy autobus… każdy pokazywał mi sprzeczne kierunki, ledwo już się trzymałam na nogach i powoli zaczynałam się załamywać. Nie byłam już silna. Teraz byłam bezbronną dziewczynką, zostawioną samą w obcym mieście, z małym chłopcem pod opieką, nie wiedziałam co robić, bardzo potrzebowałam, żeby ktoś mi pomógł, podjął za mnie decyzję, albo chociaż mi doradził. Usiadłam na jakiejś ławce, nie miałam siły iść dalej. Nie, tak nie można. Jeszcze chwilę tu posiedzę i rozkleję się zupełnie. Przełknęłam łzy, zebrałam resztki sił i poczłapałam dalej. Namierzyłam (dość odległy) przystanek autobusowy, wróciłam po Krystiana i razem już poszliśmy tam. Nie mieliśmy koron szwedzkich, ale to nie miało znaczenia, bo kiosk z biletami był już o tej porze zamknięty. Zapytałam stojącego na przystanku kierowcę autobusu, jak dojechać do centrum i gdzie kupić bilety. Powiedział, że za 5 minut tam jedzie. Na bilety machnął ręką „kiosk już zamknięty, a jak nie macie gotówki to i tak wam nie sprzedam”. Po jakichś 20 minutach byliśmy już na miejscu. I znów to ja wyruszyłam na zwiady.

Göteborg okazał się miastem bardzo ładnym i bardzo gwarnym. Choć znienawidziliśmy go z całego serca. Tłumy młodych ludzi na ulicach, nad kanałami, w barach i kafejkach. Niewielki park, oceniony jednak przeze mnie jako zdatny na nocleg. Poczekaliśmy, aż zapadnie zmrok (a było to dużo później niż byliśmy przyzwyczajeni) i rozbiliśmy namiot. Trochę hałasowała nam nad głowami pijana młodzież, ale byliśmy tak zmęczeni, że nie zwracaliśmy na to uwagi. Podobno Skandynawia jest bardzo bezpieczna. Noc minęła bez przygód.

niedziela, 04 września 2011
12.07.2011, wtorek

Rano szybkie pożegnanie z Abrahamem i znów trzeba w drogę. Pojechaliśmy do centrum, gdzie podobno miał być parking z tirami. Owszem był. Tylko wszystkie były miejscowe i poza Kopenhagę nie miały zamiaru wyjeżdżać. Poszliśmy na dalsze poszukiwania. Nie było łatwo się wydostać z miasta (z resztą nigdy nie jest), ale w końcu na jakiejś stacji benzynowej przekonaliśmy dwoje młodych Szwedów, żeby nas wzięli ze sobą do kraju. W zamian, w razie kontroli policji, mieliśmy powiedzieć, że alkohol, który ze sobą wiozą jest nasz (nie mieli jeszcze 21 lat) – zdaje się, że dla nich wyprawa do Danii to coś podobnego, jak dla nas na Ukrainę.

Przewieźli nas mostem nad cieśniną Sund, prosto do Malmö. Wysadzili nas… pod jedynym w mieście polskim sklepem. Podobno przypadek. Tam właśnie czekaliśmy na naszego kolejnego CS gospodarza, który po skończonej pracy podjechał po nas na rowerze, żeby zabrać nas do swojego mieszkania.

Andreas, młody, niesamowicie przystojny (przepraszam za brak profesjonalizmu) Szwed podjął się trudnego zadania pokazania nam w jeden wieczór swojego miasta. Myślę, że mu się udało.

Mieszkańcy Kopenhagi twierdzą, że Malmö jest podobne, tylko mniej ciekawe. Nie prawda. Ani podobne, ani gorsze. Lepsze też nie, zupełnie inne. Zaczęliśmy od zwiedzania nowej, nadmorskiej dzielnicy, złożonej z niskich nowoczesnych domów, z których każdy został zaprojektowany przez wybitnego architekta z innego kraju Europy (dowiedzieliśmy się o tym dopiero nazajutrz, od pewnej pani architekt z Polski) . Nad miastem góruje wieżowiec Turning Torso – najwyższy w Malmö, 54-o piętrowy, drugi co do wielkości budynek mieszkalny w Europie. Szwedzi są z niego bardzo dumni, chociaż tak naprawdę nie jest to nic nadzwyczajnego;) Trochę czasu spędziliśmy nad morzem, patrząc na duńskie domy na horyzoncie (szalony Krystian nawet poszedł pływać). Następnie nasz nowy znajomy zabrał nas na najlepsze (tak twierdził) lody w mieście (Sycylijskie notabene), które okazały się godne swojej sławy, po czym pokazał nam również starą część Malmö – dwa rynki, zamek, ratusz i parę zabytkowych kościołów.

Zobaczyliśmy naprawdę dużo w stosunkowo krótkim czasie i bardzo miło spędziliśmy czas. Andreas okazał się bardzo interesującym facetem: ekologiem, wegetarianinem, podróżnikiem. Był w Chinach i bardzo się fascynował kulturą tego kraju (umiał nawet trochę mówić po chińsku).

Dzień był aktywny i pełen wrażeń. Noc... co prawda krótka, ale przyjemna – dostałam miejsce na kanapie:)

02:01, larus-ridibundus
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 września 2011
11.07.2011, poniedziałek

Dzień zaczął się od syryjskiego śniadania: pszenne placki jedzone z jajecznicą, serem z oliwą i oliwkami. Do tego aromatyczna herbata.

Abraham spieszył się do pracy, ale zdążył pozaznaczać nam na mapie najciekawsze miejsca w mieście. Zaznaczył też punkt, w którym wieczorem miało się odbyć spotkanie CouchSurfingowe. Umówiliśmy się, że tam też się spotkamy.

Ruszyliśmy na miasto. Tym razem mieliśmy odrobinę więcej szczęścia z biletami. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od spaceru uliczkami starego miasta: ratusz, zamek Christianborg, kościół na wyspie (na którego wieżę weszliśmy) i leżąca tuż obok dzielnica Christiania (pełna mocno „alternatywnych” ludzi – artystów, anarchistów i zwykłych ćpunów). W międzyczasie złapała nas silna ulewa, którą przesiedzieliśmy w jakimś domu. Dalej poszliśmy wzdłuż głównego kanału  i wybrzeża, żeby zobaczyć pałac królewski, pomnik syrenki i twierdzę. Zahaczyliśmy o parę innych zabytków po drodze. Kopenhaga jest piękna i naprawdę ciekawa. Myślę, że kiedyś jeszcze tu wrócę. Zrobiła na mnie duże wrażenie: wspaniałe, tętniące życiem miastem, z urokliwymi uliczkami, wesołymi ulicznymi grajkami, kolekcją malowanych słoni i mnóstwem miłych miejsc, gdzie można po prostu posiedzieć i odpocząć, patrząc na uliczny gwar.

Wieczorne spotkanie CS okazało się być bardzo dobrym wyborem. Z początku pusty pub zapełnił się prędko ludźmi z całego świata. Najpierw zagadał do nas jakiś Duńczyk, zaraz jego kolega Norweg postawił nam piwo, potem poznaliśmy Nadię, Bułgarkę (która o dziwo mówiła po polsku)… Z ciekawszych osób warto jeszcze wymienić Aborygena Paxtona (jeżdżącego po całym świecie już od dłuższego czasu) oraz dwóch Francuzów – Romaina i Nicolasa, którzy, podobnie jak my chcieli dostać się na stopa na północ Norwegii. Zaproponowali, że zrobimy zawody, kto będzie pierwszy. Wymieniliśmy się numerami telefonów i od tej pory byliśmy w kontakcie. Powiem od razu, że konkurs ten wygraliśmy my, ale nie trudno się dziwić, szanse były nie równe: Romain wyglądał jak hippis, a Nicola jak zbieg z więzienia – podejrzliwi Norwegowie bali się chyba troszkę o swoje życie i mienie, więc chłopaki już w Oslo zdecydowali się wsiąść w pociąg. Poza nimi był jeszcze jeden pijany Norweg, który w „tak tanim” kraju jak Dania postanowił wydać jak najwięcej pieniędzy, więc wszystkim dookoła stawiał piwo (Kopenhaga była jednym z najdroższych miast, w których zdarzyło mi się do tej pory być) ; kilku sympatycznych Duńczyków i jeszcze wiele, wiele innych osób.

Dość późna była już godzina, gdy wsiedliśmy wraz z lekko wstawionym Abrahamem do kolejki. Wszyscy byliśmy już bardzo zmęczeni, a następnego dnia trzeba było wcześnie wstać, więc zaraz po powrocie do domu poszliśmy spać.

Tagi: Kopenhaga
20:10, larus-ridibundus
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 sierpnia 2011
10.07.2011, niedziela

O dziwo wziął nas ktoś jednak. Wiele godzin nam to zajęło, ale w końcu zatrzymali się państwo jadący do Rostocku, którzy chętnie zabrali nas ze sobą. Podwieźli do portu, wyjaśnili gdzie iść, a bardzo sympatyczna pani dała nam nawet swój numer telefonu „na wszelki wypadek”. I po niedługim czasie siedzieliśmy już na promie płynącym do duńskiej miejscowości Gedser.

Wybrzeża Danii powitały nas widokiem niezliczonych wiatraków. Gdy podpłynęliśmy bliżej, zobaczyliśmy rzędy starych domów i zabytkowy kościół z czerwonej cegły. Zaciekawieni wyszliśmy na ląd, rozglądając się za dobrym miejscem na znalezienie transportu do Kopenhagi. W tym czasie uciekły nam wszystkie samochody znajdujące się na promie. Poza nimi nie było innej możliwości na wydostanie się z tego maleńkiego miasteczka.

Pozostało nam czekać na następny prom. Na pobliskim parkingu spędziliśmy sporo czasu i nawet zaczęliśmy nawiązywać bliższe kontakty z kierowcami jadącymi w przeciwnym kierunku. Około godziny 9 wieczorem, kiedy przypłynął kolejny prom, udało nam się cudem przekonać jednego z ostatnich tirowców, żeby wziął nas ze sobą. Znów Polak. I to Warszawiak do tego, z Pragi, jak ja. Nie jechał do samej Kopenhagi, tylko do pobliskiego Køge, ale powiedział, że można stamtąd bez problemu dojechać kolejką do centrum. Rozmawialiśmy głównie o Duńczykach – jeździł tu bardzo często, znał więc ludzi i uwielbiał sobie robić żarty z ich zabawnego języka, zrobił nam ciekawe wprowadzenie na temat kraju, jego mieszkańców i ich zwyczajów. Pytał też o nasze plany. Kiedy powiedziałam mu, że w Kopenhadze mamy nocleg u jakiegoś faceta, którego znam tylko z Internetu (to się nazywa CouchSurfing, gdyby ktoś nie wiedział) poinformował mnie, że zwariowałam i nie powinnam tego robić. Dobrze, że nie dodałam, że człowiek ten jest Arabem. No cóż, podobnie nie powinnam wsiadać do samochodu z obcym facetem, jedno szaleństwo więcej nie powinno zaszkodzić. Kiedy przestał się śmiać ze mnie, byliśmy na miejscu. Wskazał nam stację i na pożegnanie jeszcze raz powiedział, że mamy bardzo uważać z tym człowiekiem, u którego będziemy nocować.

Do centrum dojechaliśmy nowoczesnym pociągiem, za którego zapłaciliśmy tak zwrotną sumę, że nic nam tego dnia nie dało już rady poprawić humoru. Jeden z miejscowych pomagał nam przy zakupie biletu, ale okazało się, że jakiś automat był zepsuty, musieliśmy kupić w innym, coś tam znów nie działało, coś tam, coś tam i mnóstwo pieniędzy zniknęło z konta. Zacisnęłam zęby. Trudno.

Teraz parę słów o CouchSurfingu, ponieważ ten motyw będzie się jeszcze kilkukrotnie przewijał na tej stronie. Jest to organizacja, dzięki której można nocować za darmo u różnych ludzi, można nocować ich u siebie, podróżować razem, pokazywać sobie nawzajem swoje miasta, ale przede wszystkim, dzięki której można poznać wspaniałych przyjaciół. Jako członek bardzo początkujący miałam trochę problemów ze znalezieniem pierwszego gospodarza, zwłaszcza w środku wakacji, w stolicy kraju. Wszyscy byli już zajęci, podróżowali, nie mieli czasu lub w ogóle nie odpowiadali. Dosłownie w ostatnim momencie udało mi się znaleźć Abrahama. Nawet za bardzo nie miałam czasu, żeby przeczytać jego profil, tylko wymieniłam się z nim numerem telefonu i stwierdziłam, że jakoś to będzie.

Było lepiej niż „jakoś” – było bardzo miło. Do jego mieszkania dotarliśmy bardzo późno w nocy, a jego znalezienie przysporzyło nam trochę kłopotów (znajdowało się w niezamieszkałym budynku, nad sklepem Harleya-Davidsona, w którym pracował). Chwila wahania: na pewno wchodzimy do wyludnionego budynku, w którym mieszka samotnie obcy Arab? Do odważnych świat należy. Wchodzimy. Gospodarz okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem, Syryjczykiem, mieszkającym od paru lat w Danii.

- Hej! Wyglądacie jak prawdziwi wędrowcy! – przywitał nas. Pokazał nam mieszkanie i mały pokój, w którym ułożył nam na podłodze materace. Początkowo czuć było lekkie dystans między nami, ale szybko udało nam się przełamać lody i po chwili już swobodnie rozmawialiśmy. Opowiadał nam o swojej pracy w Danii i swojej przeszłości.

Miał trzydzieści parę lat i sporo już przeżył. Wojna w kraju, tułanie się po Europie, długie starania o przyznanie statusu uchodźcy, próby znalezienia legalnej pracy. Powiedział: „ja nie oczekuję od życia wiele. Chciałbym żyć spokojnie, móc pracować. Martwię się tylko bardzo o moją rodzinę, która została w Syrii”. Marzenia? „kupić własnego Harleya i pojechać na Route 66”.

18:37, larus-ridibundus
Link Dodaj komentarz »
09.07.2011, sobota

Życie jest piękne, życie jest niesamowite, a Niemcy nie są tacy źli, jak dawniej sądziłam. Nasz kierowca-gospodarz zaprosił nas na śniadanie, zapoznał ze swoim wujkiem Helmutem (który akurat u był u niego w odwiedzinach) i obiecał, że później zawiezie nas na jakąś dobrą drogę. Wujek Helmut co prawda nie mówił po angielsku, ale za to usilnie starał się nawiązać ze mną kontakt w języku francuskim (którego uczył). Skutek był mizerny, ale i tak wyszło bardzo miło.

Odwieźli nas następnie na drogę dojazdową do autostrady w stronę Hamburga i życzyli szczęścia w dalszej podróży.

Znów na szlaku. Piękny słoneczny dzień i dwójka innych autostopowiczów z Polski, w drodze do Holandii. Spodziewaliśmy się, że będzie łatwo, ale droga okazała się mało uczęszczana, a kierowcy często nawet na nas nie patrzyli, bo jechali bardzo szybko. Po dłuższym czasie zatrzymał się jakiś tir, który podwiózł nas w kierunku Postdamu, co prawda nie był to nasz kierunek, ale chcieliśmy ruszyć się gdziekolwiek z tego fatalnego miejsca. Dobry wybór. Prawie od razu zatrzymał się człowiek, który jechał w odpowiednią stronę. Chcieliśmy dojechać do Rostocku, doradził nam parking dla tirów na właściwej drodze, 130 km na południe od miasta. „Jak będziecie mieć szczęście, to zabiorą was od razu do Kopenhagi”.

Nie zabrali. Wiele godzin wypytywania kierowców, machania na przejeżdżające auta (trochę osobowych też się tam zatrzymywało). Wszyscy zdawali się jechać do Berlina, albo do jakichś pobliskich miejscowości (nie do końca im wierzyliśmy). Natknęłam się na 3 polskich kierowców tirów, niestety, z Rostocku właśnie wracali. Od siedzenia na słońcu spaliłam sobie nos, dziwnym trafem samochody tylko zajeżdżały na parking, nikt nie wyjeżdżał. Chyba wszyscy zostawali tu na noc. Robił się już wieczór, więc i my zaczęliśmy zastanawiać się nad noclegiem.

W okolicy rósł całkiem przyjemny las, na oko nieźle nadający się na rozbicie namiotu. Właściwie to już zdecydowaliśmy się, że tam zostaniemy, tylko poszłam dopytać się jeszcze polskich kierowców, o której godzinie rano zwykle zaczynają kursować. Na mój widok zaczęli wołać: „Ale my nie jedziemy do Rostocku!” – acha, Krystian też już tu był…

Rodacy sprzedali mi smutną informację, że w niedzielę (a właściwie w sobotę od 18) obowiązuje zakaz jazdy tirów i że utknęliśmy tu na dobre. Dobrą informacją było to, że oni też tu zostają, nie mają nic do roboty ani dziś, ani jutro, więc może herbatkę? Kanapeczkę? Papieroska?

Wkrótce porzuciliśmy myśl o rozbijaniu namiotu, Mirek, Robert i Dziadek Edek (tak się nam przedstawili)  pozwolili nam spać u siebie na pace, poczęstowali czym mieli i resztę wieczoru spędziliśmy siedząc przy butli gazowej jak przy ognisku i słuchając niekończących się opowieści tych wesołych ludzi drogi.

Tagi: Gohlitz
18:15, larus-ridibundus
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2